niedziela, 22 lipca 2012

Kraków, Vanilla Sky w Art Hotel Niebieski

Więc na pierwszy ogień idzie restauracja Vanilla Sky w Hotelu Niebieskim w Krakowie. Restauracja znajduje się na trzecim pietrze w budynku hotelu. Czemu o tym wspominam? Z dwóch powodów – po pierwsze wcale nie jest tak łatwo tam trafić, a po drugie jak na restaurację znajdującą się w hotelu jest wyjątkowo "mało hotelowa" moim zdaniem.

Wystrój jest dość minimalistyczny i nowoczesny. Okrągłe stoliki na środku sali są udekorowane w dość hotelowym stylu (białe obrusy, nowoczesna zastawa, minimalna "ozdóbka"). Za to fotele i kanapy przy 'bocznych' stolikach wyróżniają się bardzo żywymi kolorami co sprawia, że wnętrze jest zdecydowanie żywsze i ciekawsze.


Natomiast miejscem zdecydowanie najlepszym do jedzenia – pod warunkiem dobrej pogody – są dwa tarasy, z których roztacza się widok na Wisłę oraz bulwary. Jedzenie tutaj w ciepły, letni wieczór to czysta przyjemność.
Przechodząc do jedzenia – nie była to nasza pierwsza wizyta w Vanilla Sky i na 100% nie ostatnia – natomiast tym razem mieliśmy możliwość spróbowania największej ilości potraw. Co ważne – nie wszystkie z nich znajdują się w standardowym menu – ale myślę, że pokazują one możliwości szefa kuchni, rodzaj i jakość serwowanych tu dań.

No to teraz ja:)
Jedzenie w Hotelu Niebieskim zdecydowanie zasługuje na uwagę. Ale od początku... po pierwsze - mocny uścisk dłoni menadżera restauracji. Generalnie nieczęsto się zdarza (przynajmniej mnie;), a to miły początek posiłku.
MS - zapomniałeś o winach! Na wejście domowe białe wino hiszpańskie, bez etykiety. Mocno schłodzone całkiem niezłe, ze wzrostem temperatury ujawnia wszystkie swoje mankamenty. Następnie chilijska reserva - o wiele lepsze i wytrzymuje próbę temperatury. Do drugiego dania podobnie, choć wybór tutaj był jeszcze bardziej oczywisty. Czerwone domowe hiszpańskie - płaskie i kwaśne. Chile - wytrawne, choć nie za bardzo, w sam raz do czerwonego mięsa (nie będę się rozwodzić dalej, udając, że potrafię opisać smak wina określeniami typu "spocony dzik"...).

Przystawki:
Wędzona kaczka z dressingiem pomarańczowo-imbirowym – genialna. Mięso różowiutkie, bardzo miękkie, idealnie komponujące się z lekko delikatnym dressingiem. Wszystko to uzupełnione mieszanka sałat smakowało świetnie.

Bolantyna z królika z konfiturą porzeczkową – najsłabsza z czterech wypróbowanych przystawek, ale również smaczna. Świetnej jakości konfitura idealnie pasowała do mięsa z królika. I tutaj ciekawostka: wujek google nie wiem co to bolantyna... Chyba twórca menu zaszalał tworząc nazwę... W każdym razie bolantyna w tym przypadku to mięso + odrobina warzyw w otoczce z galarety.

Carpaccio wołowe z parmezanem i rukolą. Carpaccio, jak carpaccio można by powiedzieć. Ale carpaccio w Vanilla Sky było genialnie doprawione i jest naprawdę godne polecenia.

Łosoś w cieście filo z serem wiejskim, rukolą i powidłem figowym. Ku mojemu zaskoczeniu najlepsza z przystawek. No można się kłócić, czy carpaccio nie było równie dobre. Dostaliśmy dwa lekko ciepłe ruloniki z ciasta filo. Po rozgryzieniu słoność łososia idealnie łączyła się ze słodkością powidła figowego – wszystko to uzupełniała rukola. Dobrze, że nie pobiliśmy się o tę przystawkę...

Według mnie carpaccio wołowe zdecydowanie wygrywa! pokropione boskim, gęstym sosem balsamicznym. I te duże kapary z ogonkami:)
Jednak łosoś w cieście filo był również doskonały i jest na drugim miejscu tylko ze względu na moje upodobania do zdecydowanych, mięsnych smaków.
Kaczuszka na zimno z delikatnym podrobowym smakiem również pozostanie w pamięci moich kubków smakowych.
A o króliku zapomniałam już przy zupie...

Zupy:
Krem szparagowy z prażonymi migdałami. Krem szparagowy, w którym naprawdę czuć szparagi, a nie inne białe warzywa! Świetna konsystencja, smak szparagów uzupełniony smakiem migdałów – nie ma się co rozpisywać, jeśli ktoś lubi kremy – koniecznie!

Bulion drobiowy z kluseczkami i warzywami – największe rozczarowanie całej kolacji. Moim zdaniem zupełnie bez smaku, bez pieprzu i soli było zupełnie bez wyrazu. Nawet po doprawieniu chyba nikogo nie powaliłoby na kolana.

Krem pomidorowy z kluseczkami francuskimi – gęsty, kwaśny o bardzo wyraźnym smaku pomidorów. Smaku kluseczek zupełnie nie było czuć – zostały zdominowane kwasem z pomidorów. Dobry krem pomidorowy – ale nie taki, który pamiętałoby się dłużej. Na plus – nie był zmiksowany na „zupełnie gładko” co ja osobiście lubię.

Dwukolorowy krem z zielonego groszku i pomidorów – klasyka: połowa talerza na czerwono, połowa na zielono, pośrodku groszek ptysiowy. Krem pomidorowy dokładnie taki, jak opisałem powyżej, a krem z groszku dobry i intensywny w smaku. Na minus rozmoknięty groszek ptysiowy. Po odłożeniu groszku – dobre.

Krem szparagowy o smaku bardzo subtelnym, do polecenia chyba każdemu.
Pomidorowa - nic czego nie osiągnę sama w domu, ale ja lubię robić pomidorową;) Podobnie z tą zieloną częścią talerza.
Bulion lepszy robi mama:)

Dania główne:
Pierś z kaczki marynowana w wiśniówce, ze złotymi ziemniaczkami i sosem wiśniowym. Świetne danie – kaczka zrobiona idealnie, sos wiśniowy słodki i kwaśny zarazem, a do tego ziemniaczki, które choć nie ociekały tłuszczem to miały wyraźny maślany aromat. Wszystko razem – zdecydowanie na tak!

Filet wieprzowy Mignione w papilocie z boczku wędzonego, z sosem z leśnych grzybów, na ziemniakach gratin z duszonymi warzywami – w tym daniu godne uwagi było mięso – świetnie zrobione, czuć było jego jakość. Bogaty sos grzybowy, razem z boczkiem idealnie uzupełniały jego smak. O warzywach ciężko cokolwiek powiedzieć. Jak dla mnie nie dostaliśmy ziemniaków gratin, ale coś w rodzaju tymiankowej babki ziemniaczanej – była bardzo smaczna, więc nie czepialiśmy się ;) Tak czy tak, ze względu na jakość i sposób przyrządzenia mięsa danie zdecydowanie godne uwagi.

Polędwiczki wieprzowe w sosie borowikowym z rosti ziemniaczano-cukiniowym i warzywami – gdybym wcześniej nie spróbował poprzedniego dania to pewnie moja opinia byłaby lepsza, ale przy filecie Mignione polędwiczki wypadły dużo słabiej. Żeby być sprawiedliwym rosti były świetne, a grillowane warzywa dużo lepsze od duszonych.

Tournedos z indyka z szynką i mozarellą z polentą i szaszłykiem warzywnym – danie dobre, ale chyba nie docenione przeze mnie ze względu na to, że zdecydowanie wolę czerwone mięso. Za to polenta była świetna.

Kaczuszka zdecydowanie moją faworytką! Mięsko rozpływające się w ustach i najlepszy ziemniak jakiego w życiu jadłam (a zjadłam ich już całkiem sporo, w końcu w ziemniaku siła!). To chyba zasługa dużej ilości zrumienionego masła.
Leśne grzyby na filecie Mignione okazały się kurkami - bardzo wdzięczne połączenie.
Polędwiczki prawie równie  dobre, cukiniowe placuszki z głębokiego oleju pyszne na gorąco, traciły po ostygnięciu i stawały się zbyt tłuste i ciężkie.
Indyk polany sosem morelowym nie przemówił do mnie w ogóle, sos zdecydowanie za słodki, brak jakichś akcentów dla przeciwwagi. Polenta faktycznie świetna, z rozmarynem.

Ufff... desery:

Suflet czekoladowy z malinami – słodki, dość ciężki. Jak dla mnie zbyt ciężki – chyba, że nie je się go po trzydaniowym obiedzie... ;)

Strudel jabłkowy z sosem karmelowym – nie moja bajka. Nie przepadam z jabłkami na ciepło, więc moja opinia niewiele tutaj wniesie...

Parfait miodowo-pistacjowe z konfiturą figową – jak dla mnie deser zdecydowanie za słodki, bez jakiejkolwiek przeciwwagi dla słodyczy miodu i konfitury.

Krem Brulee – klasyka podana z ciepłym sosem malinowym w osobnym kubeczku. I to właśnie ten deser był moim zdaniem najlepszy z całej czwórki – głównie ze względu na możliwość przełamania słodyczy kremu kwaśnym sosem z kawałeczkami malin.

Suflet chyba nieco przesadzony w swoim wyrafinowaniu. Prawie gorzki od kakao, co miały równoważyć słodkie maliny na dnie, ale łatwo było się do nich nie dokopać przy pierwszej łyżeczce, co mogło zniechęcić do dalszych prób.
W przeciwieństwie do MS - uwielbiam pieczone jabłka. Trudno to zepsuć i tu się nie udało. Klasyka na ciepło z lodami waniliowymi, smakowałoby 99% polskiej populacji (MS zaliczam do 1%).
Parfait już wyparłam z pamięci, trudno powiedzieć, co to było.
No i krem Brulee - idealne zakończenie posiłku:) 

Podsumowując – świetne jedzenie. Obsługa absolutnie bez najmniejszych zarzutów. Restauracja zdecydowanie godna polecenia. Tym razem nie musieliśmy zwracać uwagi na ceny – więc ten temat przemilczymy, kto chce się przygotować znajdzie je na stronie restauracji.

MS

Nie bójcie się. Zazwyczaj nie jemy aż tyle. Następne wpisy będą krótsze;)

Agata

To ja może tylko krótko podsumuję...

Vanilla Sky na pewno warto odwiedzić, jeśli ktoś lubi nowoczesne, lekko hotelowe wystroje (w końcu jest to restauracja hotelowa). Na pewno wyróżnia się kolorowymi kanapami i eleganckim stylem. Całość dopełniają wspaniałe dwa tarasy z pięknym widokiem na Wisłę i Wawel. 
Świetne miejsce na tak zwane imprezy okolicznościowe, spotkania firmowe itp. Spotkania te za każdym razem robią duże wrażenie na gościach sprawiając, że chcą wracać na więcej (znaczy się, że goście).

Ogólnie rzecz biorąc Kard-owa mówi stanowcze TAK (choć nie na każda okazję... :)). 

KADR-owa

Vanilla Sky
Art Hotel Niebieski,
Flisacka 3,
Kraków

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz