niedziela, 24 marca 2013

Bo najważniejszy jest uśmiech


Z ruchliwej ulicy Karmelickiej schodzimy parę schodków w dół i znajdujemy się w niewielkiej pół-piwnicy. Światło tu rozproszone, ale atmosfera jak najbardziej słoneczna – drewniane stoliki nakryte wzorzystymi obrusami, na ścianach fotografie z Meksyku w barwnych oprawkach, a na półkach zbiór figurek w charakterystyczne wzory (jak objaśnia krótka informacja na początku menu – alebrije – to meksykańskie rękodzieło wykonane na papierze lub w drewnie, pomalowane w wesołe, przyciągające kolory, które przedstawia wymyślone zwierzęta, składające się zarówno z elementów realnych, jak i fantastycznych).  Przy stoliku wita nas  śniady młody mężczyzna. Niezbyt płynnie mówi po polsku, ale nadrabia uśmiechem. W Alebriche można zjeść klasyki kuchni meksykańskiej: enchilladas, tacos, kurczaka w czekoladowym sosie mole. Poza tym menu obfituje w pomyłki: a to jakaś literówka, a to niezgrabne gramatycznie sformułowanie, czasem brakuje całej linijki. 

 Ale wszystko jest zrozumiałe, decydujemy się na zestaw dla dwóch osób  - „Parrilada Alebriche – wieprzowiną z chili, grillowaną wołowiną i kiełbasą chorizo. Podawana z opuncją, papas a la diabla (ziemniaki), zieloną cebulką i przepysznym sosem pomidorowym z chili”.
 Miło zaskakuje nas forma podania – na tacy na nóżkach obłożonej folią aluminiową ułożone zostają mięsa i dodatki, a osobno, w specjalnie uszytym „śpiworku” (zapewne ma to swoją specjalną nazwę, której nie poznałam) cieplutkie, cieniutkie tortille. Kelner pokazuje nam, że możemy sami komponować zestawy i zawijać w placuszki. Grillowane mięsa były bardzo smaczne, świeżutkie i kruche, ziemniaczki mocno opieczone. W maleńkich miseczkach drobno pokrojone pomidorki, posiekana cebulka i zielona sałata (w sumie zieleniny trochę mało). Sosów dostaliśmy trzy – majonezowy (dla mnie smak jak ze słoika), smaczną pastę z fasoli opruszoną twarożkiem, i genialny sosik z grillowanych papryk i bakłażanów, z mocno wyczuwalnym posmakiem wędzonki. Dodatkowo chrupiące tortille zapieczone z żółtym serem – świetne. Niestety największym rozczarowaniem była „chorizo” – co prawda dobrej jakości kiełbaska, ale okazała się być zwykłą…podwawelską.  Poszukiwałam „opuncji”, ale jedyne co znalazłam to fantazyjnie wykrojoną zgrillowaną cebulę.
Podsumowując, jedzenie bardzo świeże i smaczne, choć „nierówne”, no i… nigdy nie wiesz co dostaniesz. Plusem są bardzo przystępne ceny – za zestaw zapłaciliśmy 50 zł, najedliśmy się oboje. Jako pozytyw, postrzegam fakt, że można się tu napić meksykańskiego piwa Corona oraz dwóch rodzajów Margarity. Przedziwnie pozytywna atmosfera sprawia, że na pomyłki przymyka się oko. Całą restaurację prowadzi meksykańska rodzina, dbająca o swobodą, południową gościnność. Zdecydowanie można tu zjeść, pod warunkiem, że ma się pewien dystans i nie oczekuje perfekcji. Ja wrócę spróbować sosu mole wykonanego przez rodowitego Meksykanina (lub Meksykankę). 

Alebriche
ul. Karmelicka 56
Kraków

6 komentarzy:

  1. Podobają mi się zmiany w szacie graficznej - nareszcie więcej zdjęć!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Im więcej uwag - tym lepszy blog, potrafimy słuchać;) Czekam na kolejne!

      Usuń
  2. Proszę, proszę jakie zmiany. Jestem za! Strona stała się bardziej czytelna i praktyczna. Kiedy w końcu doczekamy się jakiś przepisów???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chciałoby się powiedzieć "challenge accepted";)

      Usuń
    2. Hoska, ale Ty chcesz przepisy tego co my w domach gotujemy? Ja jestem na etapie "challenge considered" ;)

      Usuń
    3. No ba ! Chyba, że macie zamiar porywać kelnerów z najlepszych knajp i wymieniać ich potem na przepisy ;) PS. Mam nadzieję, że w podjęciu decyzji, pomoże Ci moja teoria o yeti :P:P

      Usuń