poniedziałek, 13 maja 2013

Dieta człowieka pracującego czyli kuchnia rumuńska


W Rumunii byłam już trzeci raz i po raz kolejny stwierdziłam, że jest to miejsce, w którym nie można obawiać się o brak wyjątkowych doznań smakowych. Jedynym, o co można się obawiać jest stan wątroby, i to nie tylko ze względu na wszechobecną palinkę, czyli bimberek z dostępnych akurat owoców...

Musicie bowiem wiedzieć, że tamtejsza kuchnia to kuchnia pasterska, rolnicza. To wyznacza charakter najpopularniejszych i najbardziej tradycyjnych potraw. To odzwierciedlają również porcje – niezmiennie wielkie, gdziekolwiek by się nie jadło. Kuchnia rumuńska to według mnie pochwała prostoty i świeżości, z wykorzystaniem lokalnych dobroci. 

Zacznijmy od podstawmamałyga. Kasza kukurydziana gotowana na wodzie lub mleku. Podawana jest wszędzie jako dodatek do mięs (zamiast ziemniaków), ale także jako osobne danie – wówczas polana zazwyczaj znakomitej jakości śmietaną i posypana serem, najczęściej bryndzą. W tej wersji jest moją faworytką. W górach spotkałam się również z wersją grillowaną, zawiniętą w folię aluminiową, serwowaną na świeżym powietrzu. Wariacje na temat mamałygi są na porządku dziennym, w różnych menu widziałam propozycje ze skwarkami, szynką, jajkiem.

W żadnym barze czy restauracji nie może zabraknąć zup, które Rumuni uwielbiają. I tu: jedna z najlepszych zup jakie jadłam w życiu – ciorba de burta  - czyli flaczki po rumuńsku. Są to wołowe flaki ugotowane z dodatkiem mleka, marchewki i czosnku, podawane z osobno serwowaną śmietaną, marynowaną ostrą papryczką i chlebem. W najlepszej wersji jaką udało mi się zjeść (w najzwyklejszym barze przy targu w Sybinie), osobno był również podany rozgnieciony czosnek pływający w jakiejś zawiesinie, której niestety nie udało mi się rozszyfrować. Źródła internetowe twierdzą, że może to być olej, jednak według mnie nie było to aż tak tłuste. Podejrzewam, że zmieszany został  również z octem winnym. Fakt, że dodatki są podane oddzielnie sprawia, że każdy może sobie zupkę doprawić według własnego gustu, od delikatnej po pikantną wersję. Zaskakujące połączenie mleka i flaków moim zdaniem sprawdza się w stu procentach. Jeśli głód nie jest gigantyczny, talerz tej ciorby może posłużyć za cały obiad. Po pewnym czasie zorientowałam się, że niemal każda zupa w Rumunii jest serwowana w ten sposób, z kleksem śmietany i papryczką do zagryzania.



Na drugie danie tradycja każe spróbować mititei – inaczej mici – grillowanych kiełbasek z mięsa mielonego wołowego lub wieprzowego, doprawianych czosnkiem i papryką w proszku. Mici znaleźć można wszędzie, zazwyczaj sprzedawane są na sztuki (mniej więcej po 2,5 zł za jeden), serwowane z musztardą i chlebem. Idealne do piwa. 


Osławione zostały również sarmale – tu fajerkwerków nie ma  - to polskie gołąbki. W opisach różnią się tym, że zamiast kapusty, nadzienie może być zawijane w liście winogron, mi jednak nie udało się takiej wersji nigdy spotkać (a uwierzcie mi, szukałam).



Na koniec deser – tradycyjne są papanasi – rodzaj pączków z dodatkiem sera wmieszanego w  ciasto – do wyboru z cukrem pudrem, słodkim sosem owocowym lub czekoladowym. Tłuste i super słodkie.
Jedzenie w Rumunii przywodzi na myśl obiad u babci, robi ci się ciepło i właściwie mógłbyś położyć się spać, żeby obudzić się na podwieczorek. Takie wrażenia sprawiają, że smak tej kuchni jest dla mnie smakiem wręcz sentymentalnym.
Na koniec (w odpowiedzi na apele;) przepis na wspomniane flaczki. Smacznego!





Ciorba de burta *

1 kg flaków wołowych, sparzonych, niedoprawianych
2 kostki rosołowe
1,5 l wody
0, 5 l mleka
jedna  marchewka
1 cebula
mały kawałek selera korzeniowego
5-6 ząbków czosnku
pół kubka śmietany
biały ocet winny
liść laurowy
ziele angielskie
sól, pieprz

Do podania:
pół kubka kwaśnej śmietany
ostre marynowane papryczki
chleb
5 ząbków czosnku
2 łyżki białego octu winnego
łyżka oleju
sól


Flaki opłukać, gotować około pół godziny (do względnej miękkości), przecedzić, wymienić wodę. Dolać mleko, zagotować, dodać kostki rosołowe, liść laurowy i ziele angielskie. Marchewkę i selera zetrzeć na tarce o grubych oczkach, cebulę drobno posiekać i dorzucić do wywaru, gotować około 20 minut. Czosnek drobno posiekać i dorzucić pod koniec gotowania. Zaprawić octem do smaku, dodać sól i pieprz. W osobnym naczynku rozrobić śmietanę z gorącą zupą i dolać do zupy. Przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku zmieszać z octem, olejem i szczyptą soli w osobnym naczynku, tak, aby każdy mógł doprawić sobie swoją porcję według uznania. Podawać z papryczkami, śmietaną i chlebem.

* przepis inspirowany:
z własnymi modyfikacjami

5 komentarzy:

  1. A ja z Docią i Włodkiem mamy takie fajne wspomnienia z Rumunii... :D:D ale z kuchni pamiętam tylko palinkę :P PS. no w końcu jakiś przepis! czekam na dalsze propozycje, bo za flaczki to nie mam odwagi się zabrać ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się, że przywołuję dobre wspomnienia:) a jeszcze jednym przepisem dzielę się w Twoim ogródku;)

    OdpowiedzUsuń
  3. ha! a myśmy jedli gołąbki zawijane w liście winogron, ja w odróżnieniu od Justyny oprócz bimberku pamiętam właśnie to :) miejscowość nazywała się Moneasa i niektórzy zamiast do hotelu poszli w stronę kamieniołomu :)

    OdpowiedzUsuń
  4. A to w kamieniołomie deser dawali?;)

    OdpowiedzUsuń
  5. To muszę mężowi takie danie przygotować :)

    OdpowiedzUsuń