sobota, 1 czerwca 2013

Podróże kształcą - lekcja rumuńskiego

Kursując pomiędzy Krakowem a Tajlandią, zapraszam Was jeszcze raz do Rumunii. Tym razem zajrzymy nie do talerzy, ale na ulicę. Zbaczając czasem do jakiegoś miłego lokalu lub piwniczki.... Kraj ten obfituje w propozycje gastronomiczne na każdym kroku, mnie osobiście urzeka bezpretensjonalność i prostota oraz częste wrażenie przenoszenia się w przeszłość.

Będąc w każdym rumuńskim mieście warto odwiedzić targ. Miejsca te są zazwyczaj usytuowane w centrum, zupełnie nieturystyczne, kipiące życiem. W zależności od pory roku można tam kupić sezonowe dobra. I tak: na wiosnę królują nowalijki oraz świeże zioła sprzedawane na wagę. W Timisoarze zaskoczyły mnie stosy zieloniutkiego czosnku niedźwiedziego, niestety zapomnianego w naszym rodzimym kraju (a przecież do odszukania bez większego problemu w beskidzkich lasach). Późnym latem mnóstwo tu winogron, o wiele mniejszych niż te w polskich sklepach, za to cudownie słodkich i aromatycznych. Poza tym bakłażany i małe, ostre papryczki. Bez względu na porę roku Rumuni uwielbiają przetwory - obowiązkowe marynowane papryczki podawane do zup, kiszonki - liście ziół w zalewie, kapusty w kiszone w całości, grillowane papryki.


Przy każdym szanującym się targu znajduje się hala, a w niej liczne chłodnie. Tam znajdziecie bogactwo serów. W Rumunii będą to przede wszystkim sery podpuszczkowe, zarówno krowie jak bardzo popularne owcze. Duża część przypomina podhalański bunc, jest jednak inaczej przyprawiana, zazwyczaj solona i niewędzona. Wszędzie do dostania jest bryndza. Prawdziwym objawieniem był dla mnie ser owinięty w korę sosnową, ale z tą perełką spotkałam się tylko raz, w Transylwanii. 


Obok hali z nabiałem, obowiązkowo musi znaleźć się hala z mięsem. Przeciętne mięso w rumuńskim sklepie jest zdecydowanie lepszej jakości niż w Polsce, nie doszłam jednak z czego to wynika. Obok podsuszanych szynek w typie parmeńskiej, pełno tu jakże słowiańskich boczków i kiełbas. Baranie mięso jest zdecydowanie popularniejsze niż u nas, o wiele łatwiej dostać jagniątko oprawione w całości.W Fogaraszach, najwyższych górach Rumunii, spotkałam się z genialnymi tego typu produktami sprzedawanymi na straganach an świeżym powietrzu, na które ochotę mieli nie tylko turyści, ale również miejscowe niedźwiadki, odstraszane raz po raz wystrzałem z dubeltówki właściciela stoiska.


Jak już się tego wszystkiego spróbuje trzeba koniecznie wspomóc trawienie. I tu pełen wachlarz możliwości. Przede wszystkim palinka - bimber z dowolnych owoców - występująca zarówno w podłej wersji z plastiku, jak i wykwintnej, z domowych zbiorów (miałam okazję próbować w świetnej restauracji w górach Bihor) bądź z profesjonalnych destylarni (sprawdzona w Sighisoarze). 


Rumuni produkują również sporo wina. Ich rodzime szczepy to czerwona feteasca negra i białe feteasca alba i feteasca regala. Nie przypadły mi one do gustu, ale być może dlatego, że nie przepadam za słodkim winem, a w tej postaci są one tam najpopularniejsze. Natomiast zachwyciło mnie półsłodkie (a zaznaczam, że jestem zdecydowaną zwolenniczką win wytrawnych) pinot gris z winnicy Murfatlar. Oprócz tego bez problemu można napić się w Rumunii dobrego piwa - Ursusa, przypominającego polskiego Żywca, nieco słodszej Timisoreany oraz chmielowego Ciuca. Tradycja piwowarska jest tu długa i zacna, wspomniany Ursus ważony jest od 1918 roku. 


Dla mnie Rumunia to wielkie zaskoczenie, jakość wynikająca z prostoty, niekoniecznie z przestrzegania standardów i przepisów. Oczywiście zdarza się, że w trzygwiazdkowej restauracji otrzymacie coś z mrożonek, jednak zdecydowanie częściej w przydrożnej knajpie zjecie obiad, którego nie powstydziłaby się Hawełka. Pozostaje mieć nadzieję, że szanowna Unia Europejska oraz dynamicznie rozwijająca się turystyka nie sprawią, że niesamowite tradycje kulinarne Rumunii zmienią swe oblicze. Śpieszcie się, warto tego wszystkiego spróbować w pierwotnej wersji. A potem tylko usiąść i kontemplować;)

 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz