sobota, 5 kwietnia 2014

Wszechobecny fusion, czyli jedzenie w Singapurze

Marzec był miesiącem azjatyckich podróży! Jednym z miejsc w którym spędziłam 4 gorące dni (upał w mieście był czasem nie do zniesienia, nawet pora nocna nie za bardzo pomagała...) był Singapur. Miasto przez wielu krytykowane za przesadną sterylność, niesamowitą ilość czyhających na wszystkich kar (za śmiecenie, żucie gumy, jedzenie na ulicy czy... sikanie w windach!) i maksymalne uporządkowanie we wszelkich aspektach życia. Na mnie jednak wywarło ogromne wrażenie, i to ogromnie pozytywne!

Ale o jedzeniu miała być mowa, więc... 


Singapur jest niezmiernie zróżnicowany - kulturowo, architektonicznie, kulinarnie. Mieszkający tam Chińczycy, Hindusi, Malajowie, z dodatkiem wpływów brytyjskich czy portugalskich ukształtowali kuchnię będącą mieszanką wszystkich powyższych. Co ciekawe, nie trudno jest znaleźć restauracje chińskie, indyjskie, europejskie czy tajskie, trudno jednak uświadczyć lokal "kuchni singapurskiej". I o tej różnorodności chciałam tutaj opowiedzieć.


Zacznijmy od Indii. Małe Indie to pierwsza dzielnica, do której trafiłam i od której zaczęłam zwiedzanie. Usytuowana w północno-zachodniej części miasta zastała mnie w czasie lunchu, lekko odwodnioną i ogromnie głodną! Nie tak głodną jednak, aby wejść do pierwszego-lepszego miejsca podającego usmażone godziny wcześniej "mięsne przysmaki" (takich miejsc mijałyśmy najwięcej, jakoś jednak nie zaskarbiły sobie naszej sympatii). W takiej sytuacji uciekłyśmy się do staropolskiego przysłowia z dziada-pradziada podpowiadającego, czego koniec jest najlepszym przewodnikiem... A kiedy 4 różne osoby na ulicy poleciły nam Restaurację Gandhi, wiedziałyśmy, że to jest to. Potwierdziła to również gigantyczna kolejka ciągnąca się daleko poza drzwiami restauracji. Na szczęście kolejka czekała na dania na wynos, my zaś dość szybko dostałyśmy stolik w środku, a przed nami pojawiły się plastikowe tacki wyłożone liśćmi bananowca z wyłożonymi kilkoma porcjami hinduskiego jedzenia. Najlepsze miało jednak dopiero się pojawić, w postaci pana "kelnera" chodzącego po restauracji z blaszanym wiaderkiem, polewającego wielką chochlą sos na ryż gości, oraz drugiego krążącego z tacą wypełniona małymi miseczkami, które stanowiły główną część posiłku - jajka w sosie, kurczak, jagnięcina czy krewetki  w curry itp. Do tego blaszane kubki, dzbanki wody na stole i... brak sztućców. W końcu w Indiach je się ręką, co czynili wszyscy w restauracji, oprócz nas... :)

Jedzenie, jakkolwiek wyglądało podejrzanie, smakowało wyśmienicie! Tylko wody nie odważyłyśmy się napić (pierwsza zasada podróżnika - nie pij wody z nieznanego źródła. :)


Następne w kolejce są dania chińskie. A kiedy mówimy o Chinach, to nie można nie wspomnieć o kaczce po pekińsku! Spróbowałyśmy jej w Peach Garden Noodle House w Gardens at the Bay, zaraz koło tak zwanych "super-drzew" (wrażenia niezapomniane, jeśli chcecie poczuć się jak w Avatarze, koniecznie odwiedźcie to miejsce!). Kaczka po pekińsku to trójkątne kawałki ciasta naleśnikowego, ogórek, szczypiorek, czerwony sos (smakujący trochę jak azjatycki barbecue) oraz oczywiście kawałki pieczonej kaczki i jej chrupiącej skórki. Wszystko to owija się wspomnianym ciastem posmarowanym sosem i pałaszuje ze smakiem. Pyszne!


Kolejne miejsce, serwujące azjatyckie przysmaki odwiedziłyśmy z kolegą Alanem - Chińczykiem, który służąc nam za przewodnika odkrył przed nami tajniki lokalnej kuchni i ukierunkował kulinarnie na resztę naszego pobytu w Mieście Lwa (o tym jeszcze za chwilę). Dzięki niemu zjadłyśmy na Clarke Quai najprawdziwszą klasykę kuchni chińskiej - genialnego kurczaka gong bao (uwierzcie mi, nie ma to nic wspólnego z jego wersjami w polskich "chińczykach"!), żabie udka (jak mega delikatny kurczak - rozpływający się w ustach), przegrzebki po chińsku (mrrrrrrrau!) i... klasykę nad klasykami kuchni singapurskiej - chilli crab!

Oznacza to, że istnieje jednak coś takiego jak kuchnia singapurska! A kraby w Singapurze to w ogóle oddzielna historia. Uważane są za nieoficjalne danie Singapuru a spróbować ich można w wielu odmianach i smakach. Do najbardziej popularnych należą jednak chilli crab i black pepper crab - niby to samo, a zupełnie jednak inne.


Danie to zawsze robi na mnie wielkie wrażenie - ogromny półmisek, na którym widnieje ogromny krab z ogromna ilością czerwono-pomarańczowego sosu, obok zaś dumnie prezentuje się góra małych bułeczek stanowiących integralną część dania. W wielu restauracjach, zanim zaczniemy jeść, założony zostanie nam na szyję foliowy śliniaczek, gdyż jedzenie kraba jest nie lada wyzwaniem - należy go bowiem rozłupać szczypcami (podobnymi do dziadka do orzechów) a następnie zgrabnie wyjąć lub wyssać delikatne białe mięsko z wszelkich dostępnych zakamarków. Wszystko oczywiście robi się rękoma, więc niewprawni konsumenci kończą jedzenie "uwaleni po łokcie" (co oczywiście okazało się w 100% prawdziwe w moim przypadku). No i bułeczki! Dla wielu osób lepsze niż sam krab! :) Są mięciutkie, ciepłe, lekko słodkie i służą za "dodatek skrobiowy" i pomoc w jedzeniu sosu w którym pływa krab. A wierzcie mi, na prawdo warto sosem tym się zainteresować! Bardzo gęsty, kremowy i również lekko słodki - niebo w gębie!

Podobno jednym z najlepszych miejsc, żeby zjeść kraba w Singapurze jest sieć restauracji Jumbo Seafood - niestety nam nie udało się dostać stolika mimo prób wcześniejszej rezerwacji. W wersji bardziej budżetowej można spróbować w jednym z hawker centre (miejsca z dużą ilością stoisk z jedzeniem - taki azjatycki fast food w dobrym i zdrowym wydaniu), choć słyszałam, że to już nie to samo i akurat na to danie lepiej wybrać się do restauracji.

Kolejnym miejscem na kulinarnej mapie Singapuru była restauracja Din Tai Fung. I jest to nazwa, którą należy dobrze zapamiętać!


Trafiłyśmy tam z Towarzyszką Podróży dzięki poleceniu wspomnianego wcześniej kolegi Alana. Jechałyśmy przez cały Singapur, z China Town na Orchard Road (przy tamtejszych korkach zajęło nam to prawie 40 minut drogi), aby trafić do restauracji w... galerii handlowej Wisma... Pierwsze wrażenie było okropne - przejechałyśmy pół miasta, żeby trafić do baru w centrum handlowym... w Singapurze... kiedy mogłyśmy zostać w China Town i zjeść street food w jednym z tamtejszych hawker centres! Moje rozczarowanie nie trwało jednak długo, gdyż jedzenie, które nam w Din Tai Fung zaserwowano przerosło moje najśmielsze oczekiwania!

Din Tai Fung słynie przede wszystkim z wyśmienitych pierożków gotowanych na parze. Niby takie małe coś, a wrażenia smakowe są nieziemskie! Bardzo delikatne ciasto, lekko klejące i cienkie jak papier, a w środku... W środku gotowana wieprzowina w delikatnym bulionie, który po prostu rozpływa się w ustach! Co ciekawe, pierożki macza się w mieszance octu balsamicznego i paseczków świeżego imbiru, które to dodają całości niesamowitej wyrazistości. Niebo w gębie!

W Singapurze znalazłam informację o 12 lokalach tejże restauracji, na świecie zaś znajduje się w 10 różnych krajach (USA, Australia i 8 krajów azjatyckich). I niby to "sieciówka", niby to można ją znaleźć w centrum handlowym, ale jeśli kiedykolwiek będę w którymkolwiek z tych 10 krajów, Din Tai Fung na pewno będzie na pierwszym miejscu mojej listy miejsc do odwiedzenia! Kolega Alan wiedział co polecić! :)

Na tym zakończyły się nasze kulinarne przygody w Mieście Lwa. 4 dni to stanowczo za mało, aby poznać to miasto i to, co oferuje do jedzenia, wystarczająco jednak, aby się zachwycić i chcieć tam wrócić. Bo mieszkańcy Singapuru przywiązują do jedzenia ogromna wagę i jest to niezmiernie ważna część ich życia (co widać w ilości restauracji wyrastających na każdym kroku, na każdej ulicy i za każdym rogiem). Bo warto wrócić dla najświeższych owoców morza na świecie, na polecany nam przez Pana Taksówkarza ryż z kurczakiem (chicken rice to podobno podstawa singapurskiej kuchni) czy chociażby aby odwiedzić któryś z hawker centre i spróbować street foodu w singapurskim wydaniu.

Ech... na samo wspomnienie zaczynam sprawdzać ceny biletów lotniczych... :)

7 komentarzy:

  1. nie no, teraz to jestem głodna!!!

    zapraszam na nietypowe połączenie klusek śląskich z curry! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zazdroszczę! Z chęcią bym spróbował tych wszystkich pyszności.

    OdpowiedzUsuń
  3. Super post! :) A my tymczasem zapraszamy do siebie do restauracji obok Warszawy! :)
    Kresowe jedzenie i piwa rzemieślnicze czekają na Ciebie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłem w weekend w Domu Kresowym i powiem szczerze, że rewelacyjne macie dania z grilla!Karkówka była obłędnie pyszna;D

      Usuń
  4. Ale wszystko mega apetycznie wygląda!Aż ślinka cieknie!

    OdpowiedzUsuń