Sezon grillowy się zaczął no więc postanowiliśmy odwiedzić
pewne miejsce, które od dawna mijaliśmy po drodze na basen. Był to pewien
zajazd, na uboczu, wręcz już poza miastem. Naokoło zielono, choć droga
ruchliwa. Wnętrze klasyczne, z rodzaju „wiejskich chat”, ogródek duży, z
mnóstwem zabawek dla dzieci, kiczowaty. Restauracja okazała się być połączona z
pizzerią, której głównym dochodem są chyba dowozy, co napawało mnie lekkim
niepokojem. Jednakże ochota na prostą, polską kuchnię zwyciężyła, gdyż takie
dania oferuje menu poza pizzą. Klienci niemięsożerni mogą mieć tu zgryza, ale
nie do końca, bo i placki ze śmietaną i
rybkę z grilla dostaną bez problemu.
Etykiety
- Albania
- Azja
- Bo mnie szwagier namówił...
- Burgery
- Cieszyn
- Cukiernie
- Degustacja
- Fast food
- Festiwale kulinarne
- Folusz
- Hiszpania
- Hotel
- Jasło
- Kalisz
- Kraków
- Książki
- Kuchnia amerykańska
- Kuchnia azjatycka
- Kuchnia barowa
- Kuchnia chińska
- Kuchnia czeska
- Kuchnia francuska
- Kuchnia grecka
- Kuchnia hiszpańska
- Kuchnia indyjska
- Kuchnia japońska
- Kuchnia kurdyjska
- Kuchnia lankijska
- Kuchnia łemkowska
- Kuchnia meksykańska
- Kuchnia molekularna
- Kuchnia niemiecka
- Kuchnia orientalna
- Kuchnia polska
- Kuchnia rumuńska
- Kuchnia singapurska
- Kuchnia syryjska
- Kuchnia tajska
- Kuchnia turecka
- Kuchnia wegetariańska
- Kuchnia węgierska
- Kuchnia włoska
- Kursy gotowania
- Lublin
- Macedonia
- Na brzegu talerza
- Najedzeni Fest
- Nałęczów
- Podróże kulinarne
- Polska
- Przemyśl
- Przepisy
- Ruczaj
- Rumunia
- Rymanów
- Singapur
- Slow Food
- Sri Lanka
- Street Food
- Śniadania
- Świat
- Tajlandia
- Wielka Brytania
- Włochy
piątek, 5 lipca 2013
poniedziałek, 17 czerwca 2013
Powrót do dzieciństwa - jedzenie po drugiej stronie szafy
Generalnie boję się kulinarnych książek „naciąganych” na
jakiś temat (inspirowanych filmem lub książką, gdzie jedzenie nie jest tematem
głównym), jednak ciekawość zazwyczaj zwycięża. Tak też się stało gdy w ręce
wpadła mi książka „160 smakowitych przepisów kulinarnych z krainy Narnii” Paolo
Gulisano i Luisy Vassallo. Z pobłażliwością zaczęłam przeglądać zbiór i szybko
stwierdziłam, że nawet jeśli z Narnią ma to niewiele wspólnego, to przepisy mogą
być warte wypróbowania.
Aby jednak wprowadzić się w specyficzny klimat przebrnęłam
przez wstęp napakowany cytatami z oryginalnej Narnii. Następnie autorzy
przybliżyli mi biografię C.S. Lewisa w kontekście kulinarnym – i tu sporo
ciekawostek z kuchni irlandzkiej, żydowskiej
i umbryjskiej. Potem jeszcze kilka wspomnień z innych dzieł Lewisa i
bardzo ciekawe „Menu krainy Narnii” – gdzie przytoczone są fragmenty książki i
spisane "autentyczne" menu np. herbatki u Pana Tumnusa (herbata, jajka na miękko,
sardynki na grzankach, grzanki z masłem, grzanki z miodem, ciastko z lukrem).
Mimo pewnej infantylności czytanie tej części przywołało zupełnie niewymuszony
uśmiech na mą twarz. Najważniejsza jest jednak druga część – faktyczny zbiór
przepisów.
niedziela, 16 czerwca 2013
Trójspojrzenie wchodzi na Facebooka!
Trójspojrzenie szaleje i wchodzi na Facebooka!
Uruchomiliśmy niedawno...

Klikajcie "lubię to", publikujcie na swoich "wall'ach", przesyłajcie znajomym i w ogóle!
Dzielmy się dobrymi wieściami! :)
Lajkujcie i otrzymujcie na bieżąco informacje o najnowszych recenzjach z kraju i ze świata!
Do zobaczenia na Fejsie!
niedziela, 2 czerwca 2013
Ancora - pierwsza taka restauracja...
Długo się zbieraliśmy. Długo zastanawialiśmy, z jakiej okazji tam pójść. Długo nie było wolnego weekendu, żeby na spokojnie celebrować. W końcu nadszedł! Pomocne w wyborze terminu było na pewno nowe menu szparagowe. Dobry pretekst nie jest zły i pewnego pięknego dnia zarezerwowaliśmy stolik na sobotni obiad! Pomimo zlej pogody, dzień okazał się piękny! A stało się to dzięki doświadczeniom smakowym w legendarnej Ancorze!
Ancory jako takiej przedstawiać chyba nie trzeba? Prowadzona przez Adama Chrząstowskiego restauracja znana jest chyba większości kulinarnych zapaleńców.
Ancory jako takiej przedstawiać chyba nie trzeba? Prowadzona przez Adama Chrząstowskiego restauracja znana jest chyba większości kulinarnych zapaleńców.
sobota, 1 czerwca 2013
Podróże kształcą - lekcja rumuńskiego
Kursując pomiędzy Krakowem a Tajlandią, zapraszam Was jeszcze raz do Rumunii. Tym razem zajrzymy nie do talerzy, ale na ulicę. Zbaczając czasem do jakiegoś miłego lokalu lub piwniczki.... Kraj ten obfituje w propozycje gastronomiczne na każdym kroku, mnie osobiście urzeka bezpretensjonalność i prostota oraz częste wrażenie przenoszenia się w przeszłość.
sobota, 25 maja 2013
Oregano, czyli restauracją Ruczaj stoi!
Piątkowe popołudnie, kiedy to nie marzyłam o niczym innym jak o pojechaniu do domu, zjedzeniu sałatki z tego, co zostało w lodowce i położeniu się na kanapie z książka w dłoni. Plan ten zrealizowany został do elementu "pojechania"... Po drodze bowiem doszłam do wniosku, że ból głowy to jednak jest z głodu, i że zanim do domu dojadę, to tylko mi się pogorszy. Po drodze zahaczyłam więc o mieszcząca się na Ruczaju restaurację Oregano, obok której wielokrotnie przechodziłam, nigdy jednak nie było okazji, aby ją odwiedzić. Wszystko składało się więc w piękną całość!
niedziela, 19 maja 2013
Śniadaniowo, jeszcze bożonarodzeniowo w Green Times
Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze krakowskie ulice zasłane były śniegiem a większość Krakowian zajmowała się pieczeniem mięs na Święta, wybraliśmy się z MS na śniadanie. I pomimo iż było to już prawie pół rok temu i pewnie w opisywanym miejscu dużo się od tamtego czasu zmieniło, nie mogłam nie wrócić do tych wspomnień i nie opisać Green Times!
W przed-Bożonarodzeniowym klimacie doszliśmy do wniosku, że lodówka pusta a sił brak na zakupy, które pewnie i tak w większości by się zmarnowały, jako iż lada dzień wyjeżdżaliśmy Święta świętować poza Krakowem. Tak więc ubraliśmy się w tony ciuchów (pamiętajmy - to był grudzień!) i wyruszyliśmy na poszukiwanie pożywnego śniadania. Trafiło na mieszczący się na Placu Wolnica Green Times!
W przed-Bożonarodzeniowym klimacie doszliśmy do wniosku, że lodówka pusta a sił brak na zakupy, które pewnie i tak w większości by się zmarnowały, jako iż lada dzień wyjeżdżaliśmy Święta świętować poza Krakowem. Tak więc ubraliśmy się w tony ciuchów (pamiętajmy - to był grudzień!) i wyruszyliśmy na poszukiwanie pożywnego śniadania. Trafiło na mieszczący się na Placu Wolnica Green Times!
poniedziałek, 13 maja 2013
Dieta człowieka pracującego czyli kuchnia rumuńska
W Rumunii byłam już trzeci raz i po raz kolejny
stwierdziłam, że jest to miejsce, w którym nie można obawiać się o brak
wyjątkowych doznań smakowych. Jedynym, o co można się obawiać jest stan wątroby,
i to nie tylko ze względu na wszechobecną palinkę, czyli bimberek z dostępnych akurat
owoców...Musicie bowiem wiedzieć, że tamtejsza kuchnia to kuchnia pasterska, rolnicza. To wyznacza charakter najpopularniejszych i najbardziej tradycyjnych potraw. To odzwierciedlają również porcje – niezmiennie wielkie, gdziekolwiek by się nie jadło. Kuchnia rumuńska to według mnie pochwała prostoty i świeżości, z wykorzystaniem lokalnych dobroci.
środa, 8 maja 2013
Hellada – greckie smaki i grecka obsługa
Do Hellady wybrałem się zachęcony
przez Znajomego Wielbiciela Jagnięciny ;), który to właśnie grecką tawernę
zaproponował na miejsce sobotniego spotkania. Jako że jagniątkiem sam nie
pogardzę, przystałem na propozycję z radością. Dodatkowo Hellada leży nieco na
uboczu „utartych szlaków gastronomicznych”, więc skoro pojawiła się okazja –
żal było nie skorzystać.
Tak się złożyło, że do Hellady dotarłem pierwszy, więc w towarzystwie Żywca mogłem sobie oglądać wnętrze, które jest nawet całkiem sympatyczne, z dużą ilością butelek po winie i książek. Część małych stolików znajduje się w bocznej salce, która już moim zdaniem taka sympatyczna nie jest. Natomiast wnętrze jest zdecydowanie ciekawsze od „zewnętrza” restauracji – to co widzimy przed wejściem kompletnie zniechęca do jedzenia. Ale cóż, ciężko sobie okolicę upiększać…
czwartek, 11 kwietnia 2013
Bardzo pozytywne zaskoczenie w RotiRoti
Do RotiRoti trafiliśmy podobnie jak w kilku innych przypadkach, dzięki zakupom grupowym (chyba Citeam, ale nie do końca pamiętam). Kuchnia indyjska zawsze brzmiała nam bardzo ciekawie - nie, żebyśmy się na niej znali, po prostu po kilku próbach (niestety w większości poza Krakowem) smaki dość nam podeszły. Biorąc dodatkowo pod uwagę że dwie inne krakowskie restauracje indyjskie nie zachęcały (jedna podobno bardzo niedobra, w drugiej kiedyś się strułam, więc nie wrócę), postanowiliśmy odkryć nowe, indyjskie miejsce na kulinarnej mapie Krakowa. I tak trafiliśmy do RotiRoti.
niedziela, 7 kwietnia 2013
W gościnne, łemkowskie progi...
Mniej więcej rok temu
wiosenną porą miałem okazję w rodzinnym gronie odwiedzić
Regionalna Karczmę „Gościnna Chata”. Znajduje się ona w
Wysowej i trzeba przyznać, że jest hitem okolicy. Ciężko tu
znaleźć wolne miejsca, a wśród znajomych trwają dyskusje czy
prawdziwe łemkowskie jedzenie to w tej karczmie, czy tej po drugiej
stronie drogi. No właśnie – w „Gościnnej Chacie” w Wysowej
serwują nam kuchnię łemkowską, nie wiem czy prawdziwą, ale na
pewno smaczną. Dlatego kiedy dowiedziałem się, że w Krakowie
zaistniała „siostra” owej wysowskiej karczmy – nie było
wyboru, trzeba było spróbować.
piątek, 5 kwietnia 2013
Love Krove, czyli To Love or not to Love...?
niedziela, 24 marca 2013
Bo najważniejszy jest uśmiech
Z ruchliwej ulicy Karmelickiej schodzimy parę schodków w dół
i znajdujemy się w niewielkiej pół-piwnicy. Światło tu rozproszone, ale
atmosfera jak najbardziej słoneczna – drewniane stoliki nakryte wzorzystymi
obrusami, na ścianach fotografie z Meksyku w barwnych oprawkach, a na półkach
zbiór figurek w charakterystyczne wzory (jak objaśnia krótka informacja na
początku menu – alebrije – to
meksykańskie rękodzieło wykonane na papierze lub w drewnie, pomalowane w
wesołe, przyciągające kolory, które przedstawia wymyślone zwierzęta, składające
się zarówno z elementów realnych, jak i fantastycznych). Przy stoliku wita nas śniady młody mężczyzna. Niezbyt płynnie mówi
po polsku, ale nadrabia uśmiechem. W Alebriche można zjeść klasyki kuchni meksykańskiej: enchilladas, tacos, kurczaka w czekoladowym sosie mole. Poza tym menu obfituje w
pomyłki: a to jakaś literówka, a to niezgrabne gramatycznie sformułowanie,
czasem brakuje całej linijki.
czwartek, 21 marca 2013
Zadziwiająco łatwo - w kuchni u pana Gordona
Nadszedł czas by w końcu opisać książkę z samymi przepisami.
Nazwisko Gordona Ramsay'a zna chyba każdy, nie każdy jednak wie, jak przyjazny
może to być człowiek. A przynajmniej jego przepisy. „Szef kuchni po godzinach” to
książka dla praktycznie dla wszystkich. Nie trzeba być szefem kuchni, by
swobodnie z niej korzystać. W odróżnieniu od niektórych pozycji (np. „Szef
kuchni na każdą porę roku”) receptury na potrawy są względnie proste, ze
składników w zasadzie dostępnych na polskim rynku (no może oprócz witlinka i
ostryg). Ale od początku.
sobota, 16 marca 2013
1 Baht czyli zupa za 10 groszy…
Tym razem będzie nieco inaczej. To znaczy ponownie o jedzeniu i ponownie o „restauracji”,
ale tym razem o kuchni tajskiej. Co więcej o kuchni tajskiej w Tajlandii…
Tak się złożyło, że na zimowy
urlop wybraliśmy się z KADR-ową do Tajlandii właśnie. A wszyscy, którzy
gotowaniem się interesują wiedzą, że kraj ten między innymi swoją
świetną kuchnią słynie. Możecie więc spodziewać się, że nie będzie to jedyny
post na Trójspojrzeniu nawiązujący do naszych wakacji. Zaczniemy skromnie i
zamiast całościowego kulinarnego obrazu Tajlandii zaprezentuję Wam tylko jego
kawałek, ale za to kawałek niezwykle smaczny.
Pół dnia całodniowego kursu kuchni tajskiej, czyli jak ugotować i zjeść 6 dań przez 4 godziny
Nowy cykl czas zacząć! Opisujemy już restauracje, wrażenia kulinarne z różnych zakątków świata (w cyklu "Na brzegu talerza"), niedawno dołączyły też książki o tematyce kulinarnej. Przyszedł więc czas na kursy kulinarne i szkoły gotowania! Dla nas też jest to temat nowy, dopiero zaczynamy przygodę z "formalną" nauką gotowania, ale może z czasem będzie więcej tematów do opisywania. A zaczynamy dość orientalnie, gdyż od kursu kuchni tajskiej, do tego w niezwykłych okolicznościach przyrody (i tego... i niepowtarzalnych...), czyli od samej Tajlandii!niedziela, 3 marca 2013
Valparaiso – a może owoca?
Z
wyprawą do Valparaiso było nieco podobnie, jak w przypadku kilku
innych restauracji – to znaczy pierwsza wyprawa zakończyła się
niepowodzeniem. Tym razem powodem był brak wolnych miejsc. Za to
pierwsza wizyta dała mi dwie rzeczy: 1. możliwość poćwiczenia
hiszpańskiego – bowiem w takim języku zwracał się do nas
właściciel tego miejsca, 2. Przekonanie, że skoro jest tak pełno,
to koniecznie trzeba tu wrócić i spróbować coś zjeść następnym
razem. Przekonanie to było wzmocnione faktem, że Valparaiso
znajduje się jakby nieco na uboczu Kazimierze – jednym słowem
trzeba chcieć tu trafić.
piątek, 8 lutego 2013
Zjeść Kraków
Tym razem będę zupełnie nieobiektywna, przyznaję się na wejście.
A to dlatego, że uwielbiam to miasto. Wielu go nienawidzi, ja również
dostrzegam pewne niedogodności w postaci utrzymującego się non stop smrodu,
zamglenia godnego Londynu oraz wiecznych korków, jednakże…kocham Kraków! A w
książka pod tytułem „Zjeść Kraków. Przewodnik subiektywny” autorstwa Roberta
Makłowicza i Stanisława Mancewicza to generalnie pochwała miasta królów.
Publikacja dzieli się na IV części i 17 rozdziałów, we wszystkich kręcimy się
wokół jedzenia, ale nie w równym stopniu. Niektóre rozdziały przesycone są
historią miasta podaną w formie zbioru ciekawostek wokół danego motywu (zbrodni,
gwary regionalnej, władzy), inne są swoistą drogą poprzez kulinarne lokale i
kultowe miejsca. Z historii dobra nie jestem, ale mam wrażenie, że zbiór anegdot jest godny
zapoznania się, gdyż o większości nie uczyli nas w szkole (można np. dowiedzieć
się, że na uczcie z okazji otwarcia sukiennic w 1879 roku podano „pieczyste z
saren, kuropatw, bażantów, pulard i kapłonów (…) zakupiono 366 butelek szampana
(…), 244 butelki czerwonego wina (…) i 200 flasz białego węgrzyna”). W
rozdziałach poświęconych stricte restauracjom dowiemy się gdzie trzeba zjeść,
gdzie warto zjeść, a gdzie stołować się autorzy odradzają.
czwartek, 31 stycznia 2013
W Lublinie jak na Ukrainie
I spieszę wyjaśnić, że wcale się
nie nabijam. No, może troszeczkę, wspominając zaśnieżone drogi;) Ale tytuł posta przyszedł mi do głowy, gdyż
restauracja, którą odwiedziłam, ma swój odpowiednik (a może raczej pierwowzór)
we Lwowie. Ja aż tak daleko nie dotarłam, natomiast było mi dane dotrzeć na
wschód Polski i zasmakować w tradycji.
Pyzata Chata, bo o niej głównie
chciałam napisać, to miejsce reklamujące się jako „szybko-obsługowa
restauracja”. W związku z czym czułam się nieco zagubiona przy wejściu, gdyż
nie wiedziałam jakie zasady tu panują, jednak idąc za tłumem i zasięgając języka
u lubelskich towarzyszy można się było szybko zorientować, co jest grane.
sobota, 12 stycznia 2013
Zmysły na papierze
Tym razem biorę pod lupę książkę z
polecenia (Justyna, dzięki!). „Smak języka. Historia pewnej zemsty” jest krwista,
mięsista, żywa do bólu. I przymiotników tych używam nie tylko ze względu na
nawiązania kulinarne, choć te są jednocześnie niezwykle ważną częścią powieści.
Początkowo wydawało mi się, że książka koreańskiej autorki Jo Kyung Ran należy do tzw. „literatury kobiecej”,
jednak z każdą stroną przekonywałam się, że jest jednak uniwersalna. Główna
bohaterka, kucharz zawodowy, to świetnie skrojona postać, wielowymiarowa,
zaskakująca, zmieniająca się w miarę trwania akcji. Temat jedzenia przewija się
cały czas, jednak nie jest sztucznie
podtrzymywany. Czuć zainteresowanie autorki psychologią i, choć moim zdaniem
trochę za dużo tu Freuda i z pewnymi nie wprost wyrażonymi tezami mogłabym
polemizować, to nie znalazłam tam nic rażąco niespójnego czy fałszywego. Bardzo
podobały mi się analizy emocji i przeżyć bohaterów z nawiązaniami do doznań
smakowych konkretnych potraw czy produktów.
niedziela, 6 stycznia 2013
Cosa Nostra, czyli gdzie Ojciec Chrzestny by nie jadał...
Cosa Nostra to kolejna restauracja, do której nabyliśmy drogą kupna kupon na Grouponie. Tym razem jednak, w przeciwieństwie do jadła czeskiego, menu nie było narzucone i mieliśmy tak zwaną wolna rękę w wyborze elementów posiłku. Cóż... Okazało się, że niestety nie pomogło... Ale od początku.
Pierwszą rzeczą którą widać po wejściu do restauracji jest jej wygląd (taka oczywista oczywistość na przywitanie...). Cosa Nostra niestety nie zachwyca...
Pierwszą rzeczą którą widać po wejściu do restauracji jest jej wygląd (taka oczywista oczywistość na przywitanie...). Cosa Nostra niestety nie zachwyca...
piątek, 4 stycznia 2013
Česká Chodba – za bary z niedźwiedziem…
Do
restauracji Česká Chodba wybraliśmy się z KADRową jakiś czas
temu ze względu na posiadany przez nas kupon. Podobnie jak w kilku
innych przypadkach było to nasze drugie podejście do danego lokalu
– za pierwszym razem na coś trzeba było długo czekać, a ja nie
byłem w nastroju delikatnie rzecz ujmując.Tak więc wróciliśmy. Česká Chodba znajduje się w miejscu, w którym raczej tłumów ciężko oczekiwać – tzn. na ulicy Zwierzynieckiej. Z drugiej strony jest to na tyle blisko rynku, że zwabiony dobrą renomą turysta może pokusić się o spacerek.
poniedziałek, 31 grudnia 2012
Charlotte, czyli śniadanie na kolację
Charlotte jest rajem śniadaniowym! Śniadanie o 15:00? Czemu nie? Kieliszek szampana o 10 rano? Jestem na TAK! :)
Charlotte odkryłam jeszcze latem tego roku, kiedy to pewnego leniwego poranka zdecydowaliśmy się polenić trochę dłużej i zamiast sami przygotowywać coś do jedzenia, wybrać się "na miasto", skorzystać z letniego słońca i zjeść "coś pysznego". Wybór padł na Charlotte i wszystkie powyższe założenia zostały zrealizowane!
Clos Maggiore, czyli romantyzm w Londynie
Kolację w Clos Maggiore dostaliśmy z MS jako prezent świąteczny. Zanim prezent zrealizowaliśmy, dowiedzieliśmy się, że jest to restauracja francuska, mianowana najbardziej romantyczną restauracją Londynu 2012, oraz, że miejsce trzeba tam rezerwować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Brzmiało zachęcająco. :)
niedziela, 30 grudnia 2012
Bliskowschodnie inspiracje
Już od dłuższego czasu słyszałam o
pewnym kebabie na Wawrzyńca. Do sławy lokalu przyczynił się pan Nowicki
zachwalając pod niebiosa jedzenie tam podawane, podobno nie mogą się od tej
pory opędzić od klientów. Trzeba więc było sprawdzić. Miejsce bardzo
niepozorne. Maleńki lokalik w mniej uczęszczanej części krakowskiego
Kazimierza. Przedziwna nazwa „Sami am am Oriental Food” mnie osobiście bardzo
się podoba. Po wejściu okazuje się, że w środku są zaledwie trzy stoliki plus
dwa miejsca barowe. Do uszu od razu wpada charakterystyczne wschodnie
"zawodzenie".
sobota, 29 grudnia 2012
Zwierzenia szefa kuchni
Ostatnio aura nie
sprzyja wyjściom, więc kontynuuję zgłębianie sztuki kulinarnej z domu, a
ściślej z książek. Pierwszą pozycję przeczytałam już jakiś czas temu, ale do
opisania zmobilizowała mnie obecność drugiej, z którą zapoznałam się tyle co.
Łączy je autor – Anthony Bourdain. Dla szczęśliwych posiadaczy kablówki lub
telewizji cyfrowej, Amerykanin francuskiego pochodzenia znany z programu o podróżach i jedzeniu – No reservation
(na szczęście dostępny również na youtube;).
W książce „Kill Grill. restauracja
od kuchni” autor właściwie przedstawia swoją biografię – od pierwszego zachwytu
daniem restauracyjnym w dzieciństwie – poprzez perypetie w różnego rodzaju
lokalach o wątpliwej reputacji, przygody z heroiną i hektolitrami alkoholu – po
awans na szefa kuchni w ukochanej Les Halles.
piątek, 7 grudnia 2012
„Zapach świeżych malin” czyli jak to drzewiej bywało
Oprócz tego, że uwielbiam jeść i uwielbiam
gotować, o jedzeniu uwielbiam również czytać. Mogę przez godzinę przeglądać
książki z samymi przepisami, a od pewnego czasu chętnie wyszukuję również
książki „z jedzeniem w tle”. Zakładam zatem kolejny dział bloga – subiektywne
recenzje książek kucharskich i szeroko pojętych „okołokulinarnych”.
Na pierwszy ogień idzie „Zapach świeżych malin”
– coś pomiędzy pamiętnikiem, zbiorem przepisów i albumem w jednym.
Po książkę sięgnęłam, gdyż tytuł kilka razy obił mi się o uszy, a zachęcająca okładka od dawna wydawała się znajoma. Po pierwsze, książka jest pięknie wydana – w miękkiej co prawda oprawie, ale na kredowym papierze, bogata w czarno-białe fotografie, gustowne zdobienia. Wszystko bardzo harmonijne.
niedziela, 11 listopada 2012
Zazie Bistro – gdzie można spotkać legendy…
Jakiś czas temu byłem w
Zazie sam – było jeszcze jednak era „przedblogowa”, jednak
Zazie zapadło mi w pamięć. Postanowiłem więc to miejsce
odwiedzić raz jeszcze – tym razem z KADRową.
W czasie mojej pierwszej
wizyty Zazie było restauracją początkującą – i nie mówię o
poziomie jedzenia, obsługi czy czegokolwiek innego, a jedynie o
stażu. Pozwoliło mi to w wtedy wybrać stolik przy otwartym oknie,
w słońcu i zjeść późny obiad w spokojnej atmosferze. Dziś
Zazie jest miejscem chyba dość popularnym – w weekend, w porze
obiadowej jeśli nie zrobiliśmy wcześniejszej rezerwacji możemy
mieć spore kłopoty ze znalezieniem wolnego stolika. My zajęliśmy
ostatni i to w piwnicy. O ciszy zaś akurat mowy być nie mogło
– za plecami Oli, jakiś hipstersko wyglądający młodzieniec
wyznawał miłość i tłumaczył świat wybrance swojego serca, zaś
za moimi plecami obiad spożywały trzy lub cztery rodziny z małymi
dziećmi włącznie.
Trufla – o poprawności słów kilka(dziesiąt)…
W Trufli znaleźliśmy
się z bardzo miłej okazji, a do tego w doborowym towarzystwie. Coś
takiego stanowi solidne podstawy do udanej kolacji oraz kontynuacji
wieczoru.
Zanim przejdę do
jedzenia wspomnę o kilku sprawach. Obsługa w Trufli jest na tyle
sprawna i profesjonalna, że właściwie jej nie zauważałem, a
to dobrze świadczy. Wnętrze jest prościutkie, ale jasne i moim
zdaniem bardzo estetyczne. Na wielki plus zapisałem sobie fakt, że
menu jest wypisane odręcznie, a na końcu restauracji znajduje się
otwarta kuchnia, gdzie można popatrzeć jak gotujący panowie
przyrządzają kolejne potrawy.piątek, 2 listopada 2012
Klimaty Południa czyli Włochy w Krakowie
Klimaty południa to miejsce, o którym nie do końca wiem jak napisać... Miejsce to jest przedziwne - lokalizacja zupełnie z... znaczy się dziwna - w bramie koło marketu (który chichocząc z kultury wyższej zajął miejsce Kina Wanda). Klimaty zaś zajęły miejsce dawnej Kawiarni Filmowej. Trafić łatwo nie jest, a jednak restauracja rzadko świeci pustkami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















