piątek, 5 lipca 2013

Lato – grill – Czarci Grill


Sezon grillowy się zaczął no więc postanowiliśmy odwiedzić pewne miejsce, które od dawna mijaliśmy po drodze na basen. Był to pewien zajazd, na uboczu, wręcz już poza miastem. Naokoło zielono, choć droga ruchliwa. Wnętrze klasyczne, z rodzaju „wiejskich chat”, ogródek duży, z mnóstwem zabawek dla dzieci, kiczowaty. Restauracja okazała się być połączona z pizzerią, której głównym dochodem są chyba dowozy, co napawało mnie lekkim niepokojem. Jednakże ochota na prostą, polską kuchnię zwyciężyła, gdyż takie dania oferuje menu poza pizzą. Klienci niemięsożerni mogą mieć tu zgryza, ale nie do końca, bo i placki ze śmietaną i  rybkę z grilla dostaną bez problemu.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Powrót do dzieciństwa - jedzenie po drugiej stronie szafy


Generalnie boję się kulinarnych książek „naciąganych” na jakiś temat (inspirowanych filmem lub książką, gdzie jedzenie nie jest tematem głównym), jednak ciekawość zazwyczaj zwycięża. Tak też się stało gdy w ręce wpadła mi książka „160 smakowitych przepisów kulinarnych z krainy Narnii” Paolo Gulisano i Luisy Vassallo. Z pobłażliwością zaczęłam przeglądać zbiór i szybko stwierdziłam, że nawet jeśli z Narnią ma to niewiele wspólnego, to przepisy mogą być warte wypróbowania. 
Aby jednak wprowadzić się w specyficzny klimat przebrnęłam przez wstęp napakowany cytatami z oryginalnej Narnii. Następnie autorzy przybliżyli mi biografię C.S. Lewisa w kontekście kulinarnym – i tu sporo ciekawostek z kuchni irlandzkiej, żydowskiej  i umbryjskiej. Potem jeszcze kilka wspomnień z innych dzieł Lewisa i bardzo ciekawe „Menu krainy Narnii” – gdzie przytoczone są fragmenty książki i spisane "autentyczne" menu np. herbatki u Pana Tumnusa (herbata, jajka na miękko, sardynki na grzankach, grzanki z masłem, grzanki z miodem, ciastko z lukrem). Mimo pewnej infantylności czytanie tej części przywołało zupełnie niewymuszony uśmiech na mą twarz. Najważniejsza jest jednak druga część – faktyczny zbiór przepisów.

niedziela, 16 czerwca 2013

Trójspojrzenie wchodzi na Facebooka!

Trójspojrzenie szaleje i wchodzi na Facebooka! 
Uruchomiliśmy niedawno... 


Klikajcie "lubię to", publikujcie na swoich "wall'ach", przesyłajcie znajomym i w ogóle! 
Dzielmy się dobrymi wieściami! :) 
Lajkujcie i otrzymujcie na bieżąco informacje o najnowszych recenzjach z kraju i ze świata! 
Do zobaczenia na Fejsie!

niedziela, 2 czerwca 2013

Ancora - pierwsza taka restauracja...

Długo się zbieraliśmy. Długo zastanawialiśmy, z jakiej okazji tam pójść. Długo nie było wolnego weekendu, żeby na spokojnie celebrować. W końcu nadszedł! Pomocne w wyborze terminu było na pewno nowe menu szparagowe. Dobry pretekst nie jest zły i pewnego pięknego dnia zarezerwowaliśmy stolik na sobotni obiad! Pomimo zlej pogody, dzień okazał się piękny! A stało się to dzięki doświadczeniom smakowym w legendarnej Ancorze!

Ancory jako takiej przedstawiać chyba nie trzeba? Prowadzona przez Adama Chrząstowskiego restauracja znana jest chyba większości kulinarnych zapaleńców.

sobota, 1 czerwca 2013

Podróże kształcą - lekcja rumuńskiego

Kursując pomiędzy Krakowem a Tajlandią, zapraszam Was jeszcze raz do Rumunii. Tym razem zajrzymy nie do talerzy, ale na ulicę. Zbaczając czasem do jakiegoś miłego lokalu lub piwniczki.... Kraj ten obfituje w propozycje gastronomiczne na każdym kroku, mnie osobiście urzeka bezpretensjonalność i prostota oraz częste wrażenie przenoszenia się w przeszłość.

sobota, 25 maja 2013

Oregano, czyli restauracją Ruczaj stoi!

Piątkowe popołudnie, kiedy to nie marzyłam o niczym innym jak o pojechaniu do domu, zjedzeniu sałatki z tego, co zostało w lodowce i położeniu się na kanapie z książka w dłoni. Plan ten zrealizowany został do elementu "pojechania"... Po drodze bowiem doszłam do wniosku, że ból głowy to jednak jest z głodu, i że zanim do domu dojadę, to tylko mi się pogorszy. Po drodze zahaczyłam więc o mieszcząca się na Ruczaju restaurację Oregano, obok której wielokrotnie przechodziłam, nigdy jednak nie było okazji, aby ją odwiedzić. Wszystko składało się więc w piękną całość!

niedziela, 19 maja 2013

Śniadaniowo, jeszcze bożonarodzeniowo w Green Times

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze krakowskie ulice zasłane były śniegiem a większość Krakowian zajmowała się pieczeniem mięs na Święta, wybraliśmy się z MS na śniadanie. I pomimo iż było to już prawie pół rok temu i pewnie w opisywanym miejscu dużo się od tamtego czasu zmieniło, nie mogłam nie wrócić do tych wspomnień i nie opisać Green Times!

W przed-Bożonarodzeniowym klimacie doszliśmy do wniosku, że lodówka pusta a sił brak na zakupy, które pewnie i tak w większości by się zmarnowały, jako iż lada dzień wyjeżdżaliśmy Święta świętować poza Krakowem. Tak więc ubraliśmy się w tony ciuchów (pamiętajmy - to był grudzień!) i wyruszyliśmy na poszukiwanie pożywnego śniadania. Trafiło na mieszczący się na Placu Wolnica Green Times!

poniedziałek, 13 maja 2013

Dieta człowieka pracującego czyli kuchnia rumuńska


W Rumunii byłam już trzeci raz i po raz kolejny stwierdziłam, że jest to miejsce, w którym nie można obawiać się o brak wyjątkowych doznań smakowych. Jedynym, o co można się obawiać jest stan wątroby, i to nie tylko ze względu na wszechobecną palinkę, czyli bimberek z dostępnych akurat owoców...

Musicie bowiem wiedzieć, że tamtejsza kuchnia to kuchnia pasterska, rolnicza. To wyznacza charakter najpopularniejszych i najbardziej tradycyjnych potraw. To odzwierciedlają również porcje – niezmiennie wielkie, gdziekolwiek by się nie jadło. Kuchnia rumuńska to według mnie pochwała prostoty i świeżości, z wykorzystaniem lokalnych dobroci. 

środa, 8 maja 2013

Hellada – greckie smaki i grecka obsługa


Do Hellady wybrałem się zachęcony przez Znajomego Wielbiciela Jagnięciny ;), który to właśnie grecką tawernę zaproponował na miejsce sobotniego spotkania. Jako że jagniątkiem sam nie pogardzę, przystałem na propozycję z radością. Dodatkowo Hellada leży nieco na uboczu „utartych szlaków gastronomicznych”, więc skoro pojawiła się okazja – żal było nie skorzystać.

Tak się złożyło, że do Hellady dotarłem pierwszy, więc w towarzystwie Żywca mogłem sobie oglądać wnętrze, które jest nawet całkiem sympatyczne, z dużą ilością butelek po winie i książek. Część małych stolików znajduje się w bocznej salce, która już moim zdaniem taka sympatyczna nie jest. Natomiast wnętrze jest zdecydowanie ciekawsze od „zewnętrza” restauracji – to co widzimy przed wejściem kompletnie zniechęca do jedzenia. Ale cóż, ciężko sobie okolicę upiększać…

czwartek, 11 kwietnia 2013

Bardzo pozytywne zaskoczenie w RotiRoti

Do RotiRoti trafiliśmy podobnie jak w kilku innych przypadkach, dzięki zakupom grupowym (chyba Citeam, ale nie do końca pamiętam). Kuchnia indyjska zawsze brzmiała nam bardzo ciekawie - nie, żebyśmy się na niej znali, po prostu po kilku próbach (niestety w większości poza Krakowem) smaki dość nam podeszły. Biorąc dodatkowo pod uwagę  że dwie inne krakowskie restauracje indyjskie nie zachęcały (jedna podobno bardzo niedobra, w drugiej kiedyś się strułam, więc nie wrócę), postanowiliśmy odkryć nowe, indyjskie miejsce na kulinarnej mapie Krakowa. I tak trafiliśmy do RotiRoti.

niedziela, 7 kwietnia 2013

W gościnne, łemkowskie progi...

Mniej więcej rok temu wiosenną porą miałem okazję w rodzinnym gronie odwiedzić Regionalna Karczmę „Gościnna Chata”. Znajduje się ona w Wysowej i trzeba przyznać, że jest hitem okolicy. Ciężko tu znaleźć wolne miejsca, a wśród znajomych trwają dyskusje czy prawdziwe łemkowskie jedzenie to w tej karczmie, czy tej po drugiej stronie drogi. No właśnie – w „Gościnnej Chacie” w Wysowej serwują nam kuchnię łemkowską, nie wiem czy prawdziwą, ale na pewno smaczną. Dlatego kiedy dowiedziałem się, że w Krakowie zaistniała „siostra” owej wysowskiej karczmy – nie było wyboru, trzeba było spróbować.

piątek, 5 kwietnia 2013

Love Krove, czyli To Love or not to Love...?

Love Krove była na naszym restauracyjnym radarze od czasu, kiedy po raz pierwszy zawitaliśmy do MoaBurger. Apetyty hamburgerowe zostały mocno rozbudzone i tylko czekaliśmy na dobrą okazję i tego specyficznego, burgerowego "smaka". I stało się! Był to pewien zimowy wieczór, kiedy przed wyprawą na tak zwane "jedno małe" postanowiliśmy dobrze się najeść i zrobić sycący podkład pod wieczorne trunki. Idealna suma kryteriów  która sprawiła, że decyzja padła na Love Krove! Ileż było we mnie podekscytowania i niecierpliwości! :)

niedziela, 24 marca 2013

Bo najważniejszy jest uśmiech


Z ruchliwej ulicy Karmelickiej schodzimy parę schodków w dół i znajdujemy się w niewielkiej pół-piwnicy. Światło tu rozproszone, ale atmosfera jak najbardziej słoneczna – drewniane stoliki nakryte wzorzystymi obrusami, na ścianach fotografie z Meksyku w barwnych oprawkach, a na półkach zbiór figurek w charakterystyczne wzory (jak objaśnia krótka informacja na początku menu – alebrije – to meksykańskie rękodzieło wykonane na papierze lub w drewnie, pomalowane w wesołe, przyciągające kolory, które przedstawia wymyślone zwierzęta, składające się zarówno z elementów realnych, jak i fantastycznych).  Przy stoliku wita nas  śniady młody mężczyzna. Niezbyt płynnie mówi po polsku, ale nadrabia uśmiechem. W Alebriche można zjeść klasyki kuchni meksykańskiej: enchilladas, tacos, kurczaka w czekoladowym sosie mole. Poza tym menu obfituje w pomyłki: a to jakaś literówka, a to niezgrabne gramatycznie sformułowanie, czasem brakuje całej linijki. 

czwartek, 21 marca 2013

Zadziwiająco łatwo - w kuchni u pana Gordona

Nadszedł czas by w końcu opisać książkę z samymi przepisami. Nazwisko Gordona Ramsay'a zna chyba każdy, nie każdy jednak wie, jak przyjazny może to być człowiek. A przynajmniej jego przepisy. „Szef kuchni po godzinach” to książka dla praktycznie dla wszystkich. Nie trzeba być szefem kuchni, by swobodnie z niej korzystać. W odróżnieniu od niektórych pozycji (np. „Szef kuchni na każdą porę roku”) receptury na potrawy są względnie proste, ze składników w zasadzie dostępnych na polskim rynku (no może oprócz witlinka i ostryg).  Ale od początku.

sobota, 16 marca 2013

1 Baht czyli zupa za 10 groszy…

Tym razem będzie nieco inaczej.  To znaczy ponownie o jedzeniu i ponownie o „restauracji”, ale tym razem o kuchni tajskiej. Co więcej o kuchni tajskiej w Tajlandii…

Tak się złożyło, że na zimowy urlop wybraliśmy się z KADR-ową do Tajlandii właśnie. A wszyscy, którzy gotowaniem się interesują wiedzą, że kraj ten między innymi swoją świetną kuchnią słynie. Możecie więc spodziewać się, że nie będzie to jedyny post na Trójspojrzeniu nawiązujący do naszych wakacji. Zaczniemy skromnie i zamiast całościowego kulinarnego obrazu Tajlandii zaprezentuję Wam tylko jego kawałek, ale za to kawałek niezwykle smaczny.

Pół dnia całodniowego kursu kuchni tajskiej, czyli jak ugotować i zjeść 6 dań przez 4 godziny

Nowy cykl czas zacząć! Opisujemy już restauracje, wrażenia kulinarne z różnych zakątków świata (w cyklu "Na brzegu talerza"), niedawno dołączyły też książki o tematyce kulinarnej. Przyszedł więc czas na kursy kulinarne i szkoły gotowania! Dla nas też jest to temat nowy, dopiero zaczynamy przygodę z "formalną" nauką gotowania, ale może z czasem będzie więcej tematów do opisywania. A zaczynamy dość orientalnie, gdyż od kursu kuchni tajskiej, do tego w niezwykłych okolicznościach przyrody (i tego... i niepowtarzalnych...), czyli od samej Tajlandii!

niedziela, 3 marca 2013

Valparaiso – a może owoca?

Z wyprawą do Valparaiso było nieco podobnie, jak w przypadku kilku innych restauracji – to znaczy pierwsza wyprawa zakończyła się niepowodzeniem. Tym razem powodem był brak wolnych miejsc. Za to pierwsza wizyta dała mi dwie rzeczy: 1. możliwość poćwiczenia hiszpańskiego – bowiem w takim języku zwracał się do nas właściciel tego miejsca, 2. Przekonanie, że skoro jest tak pełno, to koniecznie trzeba tu wrócić i spróbować coś zjeść następnym razem. Przekonanie to było wzmocnione faktem, że Valparaiso znajduje się jakby nieco na uboczu Kazimierze – jednym słowem trzeba chcieć tu trafić.

piątek, 8 lutego 2013

Zjeść Kraków


Tym razem będę zupełnie nieobiektywna, przyznaję się na wejście. A to dlatego, że uwielbiam to miasto. Wielu go nienawidzi, ja również dostrzegam pewne niedogodności w postaci utrzymującego się non stop smrodu, zamglenia godnego Londynu oraz wiecznych korków, jednakże…kocham Kraków! A w książka pod tytułem „Zjeść Kraków. Przewodnik subiektywny” autorstwa Roberta Makłowicza i Stanisława Mancewicza to generalnie pochwała miasta królów. Publikacja dzieli się na IV części i 17 rozdziałów, we wszystkich kręcimy się wokół jedzenia, ale nie w równym stopniu. Niektóre rozdziały przesycone są historią miasta podaną w formie zbioru ciekawostek wokół danego motywu (zbrodni, gwary regionalnej, władzy), inne są swoistą drogą poprzez kulinarne lokale i kultowe miejsca. Z historii dobra nie jestem, ale  mam wrażenie, że zbiór anegdot jest godny zapoznania się, gdyż o większości nie uczyli nas w szkole (można np. dowiedzieć się, że na uczcie z okazji otwarcia sukiennic w 1879 roku podano „pieczyste z saren, kuropatw, bażantów, pulard i kapłonów (…) zakupiono 366 butelek szampana (…), 244 butelki czerwonego wina (…) i 200 flasz białego węgrzyna”). W rozdziałach poświęconych stricte restauracjom dowiemy się gdzie trzeba zjeść, gdzie warto zjeść, a gdzie stołować się autorzy odradzają. 

czwartek, 31 stycznia 2013

W Lublinie jak na Ukrainie


I spieszę wyjaśnić, że wcale się nie nabijam. No, może troszeczkę, wspominając zaśnieżone drogi;) Ale tytuł posta przyszedł mi do głowy, gdyż restauracja, którą odwiedziłam, ma swój odpowiednik (a może raczej pierwowzór) we Lwowie. Ja aż tak daleko nie dotarłam, natomiast było mi dane dotrzeć na wschód Polski i zasmakować w tradycji.
Pyzata Chata, bo o niej głównie chciałam napisać, to miejsce reklamujące się jako „szybko-obsługowa restauracja”. W związku z czym czułam się nieco zagubiona przy wejściu, gdyż nie wiedziałam jakie zasady tu panują, jednak idąc za tłumem i zasięgając języka u lubelskich towarzyszy można się było szybko zorientować, co jest grane. 

sobota, 12 stycznia 2013

Zmysły na papierze


Tym razem biorę pod lupę książkę z polecenia (Justyna, dzięki!). „Smak języka. Historia pewnej zemsty” jest krwista, mięsista, żywa do bólu. I przymiotników tych używam nie tylko ze względu na nawiązania kulinarne, choć te są jednocześnie niezwykle ważną częścią powieści. Początkowo wydawało mi się, że książka koreańskiej autorki Jo Kyung Ran należy do tzw. „literatury kobiecej”, jednak z każdą stroną przekonywałam się, że jest jednak uniwersalna. Główna bohaterka, kucharz zawodowy, to świetnie skrojona postać, wielowymiarowa, zaskakująca, zmieniająca się w miarę trwania akcji. Temat jedzenia przewija się cały czas, jednak  nie jest sztucznie podtrzymywany. Czuć zainteresowanie autorki psychologią i, choć moim zdaniem trochę za dużo tu Freuda i z pewnymi nie wprost wyrażonymi tezami mogłabym polemizować, to nie znalazłam tam nic rażąco niespójnego czy fałszywego. Bardzo podobały mi się analizy emocji i przeżyć bohaterów z nawiązaniami do doznań smakowych konkretnych potraw czy produktów.

niedziela, 6 stycznia 2013

Cosa Nostra, czyli gdzie Ojciec Chrzestny by nie jadał...

Cosa Nostra to kolejna restauracja, do której nabyliśmy drogą kupna kupon na Grouponie. Tym razem jednak, w przeciwieństwie do jadła czeskiego, menu nie było narzucone i mieliśmy tak zwaną wolna rękę w wyborze elementów posiłku. Cóż... Okazało się, że niestety nie pomogło... Ale od początku.

Pierwszą rzeczą  którą widać po wejściu do restauracji jest jej wygląd (taka oczywista oczywistość na przywitanie...). Cosa Nostra niestety nie zachwyca...

piątek, 4 stycznia 2013

Česká Chodba – za bary z niedźwiedziem…

Do restauracji Česká Chodba wybraliśmy się z KADRową jakiś czas temu ze względu na posiadany przez nas kupon. Podobnie jak w kilku innych przypadkach było to nasze drugie podejście do danego lokalu – za pierwszym razem na coś trzeba było długo czekać, a ja nie byłem w nastroju delikatnie rzecz ujmując.

Tak więc wróciliśmy. Česká Chodba znajduje się w miejscu, w którym raczej tłumów ciężko oczekiwać – tzn. na ulicy Zwierzynieckiej. Z drugiej strony jest to na tyle blisko rynku, że zwabiony dobrą renomą turysta może pokusić się o spacerek.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Charlotte, czyli śniadanie na kolację


Charlotte jest rajem śniadaniowym! Śniadanie o 15:00? Czemu nie? Kieliszek szampana o 10 rano? Jestem na TAK! :)

Charlotte odkryłam jeszcze latem tego roku, kiedy to pewnego leniwego poranka zdecydowaliśmy się polenić trochę dłużej i zamiast sami przygotowywać coś do jedzenia, wybrać się "na miasto", skorzystać z letniego słońca i zjeść "coś pysznego". Wybór padł na Charlotte i wszystkie powyższe założenia zostały zrealizowane! 

Clos Maggiore, czyli romantyzm w Londynie

Kolację w Clos Maggiore dostaliśmy z MS jako prezent świąteczny. Zanim prezent zrealizowaliśmy, dowiedzieliśmy się, że jest to restauracja francuska, mianowana najbardziej romantyczną restauracją Londynu 2012, oraz, że miejsce trzeba tam rezerwować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Brzmiało zachęcająco. :)

niedziela, 30 grudnia 2012

Bliskowschodnie inspiracje


Już od dłuższego czasu słyszałam o pewnym kebabie na Wawrzyńca. Do sławy lokalu przyczynił się pan Nowicki zachwalając pod niebiosa jedzenie tam podawane, podobno nie mogą się od tej pory opędzić od klientów. Trzeba więc było sprawdzić. Miejsce bardzo niepozorne. Maleńki lokalik w mniej uczęszczanej części krakowskiego Kazimierza. Przedziwna nazwa „Sami am am Oriental Food” mnie osobiście bardzo się podoba. Po wejściu okazuje się, że w środku są zaledwie trzy stoliki plus dwa miejsca barowe. Do uszu od razu wpada charakterystyczne wschodnie "zawodzenie".


sobota, 29 grudnia 2012

Zwierzenia szefa kuchni


Ostatnio aura nie sprzyja wyjściom, więc kontynuuję zgłębianie sztuki kulinarnej z domu, a ściślej z książek. Pierwszą pozycję przeczytałam już jakiś czas temu, ale do opisania zmobilizowała mnie obecność drugiej, z którą zapoznałam się tyle co. Łączy je autor – Anthony Bourdain. Dla szczęśliwych posiadaczy kablówki lub telewizji cyfrowej, Amerykanin francuskiego pochodzenia znany z programu o podróżach i jedzeniu – No reservation (na szczęście dostępny również na youtube;). 

W książce „Kill Grill. restauracja od kuchni” autor właściwie przedstawia swoją biografię – od pierwszego zachwytu daniem restauracyjnym w dzieciństwie – poprzez perypetie w różnego rodzaju lokalach o wątpliwej reputacji, przygody z heroiną i hektolitrami alkoholu – po awans na szefa kuchni w ukochanej Les Halles.

piątek, 7 grudnia 2012

„Zapach świeżych malin” czyli jak to drzewiej bywało


Oprócz tego, że uwielbiam jeść i uwielbiam gotować, o jedzeniu uwielbiam również czytać. Mogę przez godzinę przeglądać książki z samymi przepisami, a od pewnego czasu chętnie wyszukuję również książki „z jedzeniem w tle”. Zakładam zatem kolejny dział bloga – subiektywne recenzje książek kucharskich i szeroko pojętych „okołokulinarnych”.
Na pierwszy ogień idzie „Zapach świeżych malin” – coś pomiędzy pamiętnikiem, zbiorem przepisów i albumem w jednym.

Po książkę sięgnęłam, gdyż tytuł kilka razy obił mi się o uszy, a zachęcająca okładka od dawna wydawała się znajoma. Po pierwsze, książka jest pięknie wydana – w miękkiej co prawda oprawie, ale na kredowym papierze, bogata w czarno-białe fotografie, gustowne zdobienia. Wszystko bardzo harmonijne.

niedziela, 11 listopada 2012

Zazie Bistro – gdzie można spotkać legendy…

Jakiś czas temu byłem w Zazie sam – było jeszcze jednak era „przedblogowa”, jednak Zazie zapadło mi w pamięć. Postanowiłem więc to miejsce odwiedzić raz jeszcze – tym razem z KADRową.

W czasie mojej pierwszej wizyty Zazie było restauracją początkującą – i nie mówię o poziomie jedzenia, obsługi czy czegokolwiek innego, a jedynie o stażu. Pozwoliło mi to w wtedy wybrać stolik przy otwartym oknie, w słońcu i zjeść późny obiad w spokojnej atmosferze. Dziś Zazie jest miejscem chyba dość popularnym – w weekend, w porze obiadowej jeśli nie zrobiliśmy wcześniejszej rezerwacji możemy mieć spore kłopoty ze znalezieniem wolnego stolika. My zajęliśmy ostatni i to w piwnicy. O ciszy zaś akurat mowy być nie mogło – za plecami Oli, jakiś hipstersko wyglądający młodzieniec wyznawał miłość i tłumaczył świat wybrance swojego serca, zaś za moimi plecami obiad spożywały trzy lub cztery rodziny z małymi dziećmi włącznie.

Trufla – o poprawności słów kilka(dziesiąt)…

W Trufli znaleźliśmy się z bardzo miłej okazji, a do tego w doborowym towarzystwie. Coś takiego stanowi solidne podstawy do udanej kolacji oraz kontynuacji wieczoru.

Zanim przejdę do jedzenia wspomnę o kilku sprawach. Obsługa w Trufli jest na tyle sprawna i profesjonalna, że właściwie jej nie zauważałem, a to dobrze świadczy. Wnętrze jest prościutkie, ale jasne i moim zdaniem bardzo estetyczne. Na wielki plus zapisałem sobie fakt, że menu jest wypisane odręcznie, a na końcu restauracji znajduje się otwarta kuchnia, gdzie można popatrzeć jak gotujący panowie przyrządzają kolejne potrawy.


piątek, 2 listopada 2012

Klimaty Południa czyli Włochy w Krakowie

Klimaty południa to miejsce, o którym nie do końca wiem jak napisać... Miejsce to jest przedziwne - lokalizacja zupełnie z... znaczy się dziwna - w bramie koło marketu (który chichocząc z kultury wyższej zajął miejsce Kina Wanda). Klimaty zaś zajęły miejsce dawnej Kawiarni Filmowej. Trafić łatwo nie jest, a jednak restauracja rzadko świeci pustkami.